IWAŃCZYK ATLETA ...nie tylko biega i pisze

Wpisy

  • sobota, 26 października 2013
    • Ducha nie gaście, ducha złapcie

      - Gdzie będziesz uciekał?

      Było głośno, więc nie dosłyszałem.

      - Bo my będziemy cię gonić.

      Zgłupiałem.

      - Powiesz nam, czy nie powiesz?

      Ale co mam wam powiedzieć?

      - W środę gdzie będziesz?

      Cholera wie. Nie wiem, gdzie jutro będę, a co dopiero w środę.

      - No z duchami.

      Z jakimi duchami, powariowaliście?

      - Ty, zwycięzca Maratonu Warszawskiego ponoć, Iwona Lewandowska, Tomek Smokowski...

      Dopiero załapałem.

      Byliśmy na pożegnalnym spotkaniu koleżanki, która przenosi się do innej firmy, szeroką ławą stawili się ludzie z polskabiega.sport.pl i innych rekreacyjnych serwisów i nagle Łapanie Duchów stało się głównym tematem dyskusji.

      Rzecz jasna nie powiedziałem, gdzie będę uciekał, bo nie wiem. Serio? Tak zastanawiam się, jak to ma w praktyce wyglądać, ale chyba zbagatelizowałem sprawę, sądząc, że będzie to zwykła biegowa zabawa.

      Nie, to nieprawda. Jest masa ludzi, która traktuje to całkiem serio i serio chce wygrać. A ja się na to dałem skusić, mało tego, gdzieś tam na końcu mogę być sprawcą czyjegoś triumfu. Wmanewrowałem się w te halloweenowe pobieganie bez chwili zastanowienia, a teraz ci mi teraz z tak śmiertelną powagą. Gdybyście widzieli ich miny, tych z imprezy. Licytowali się przez moment, kto zna więcej duchów. Nie wiem, czy wygrał Paweł Jeleniewski czy Damian Bąbol, ale mają ganiać zawzięcie.

      Robię tę notkę, choćby po to, by odświeżyć sobie we łbie, o co tam idzie. Chyba generalnie o to, żeby mnie nie złapali. Znaczy zdjęcia mi nie cyknęli. Coś jak z fotoradarami na „gierkówce”. Tam daję radę, tu może też mnie podholują...

      A jeśli z tych moich wywodów za nic nie wiecie, o co w tej środowej zabawie chodzi, instrukcję znajdziecie tu.

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      iwanczyk_gw_sport.pl
      Czas publikacji:
      sobota, 26 października 2013 00:16
  • wtorek, 21 sierpnia 2012
    • Chcę na igrzyska. Wcale nie byłbym ostatni

      Przede wszystkim ze względu na „Atletów” przypominam sobie, jak to w podstawówce bywało. Chodziłem do klasy o profilu lekkoatletycznym, moimi wychowawcami byli znani w środowisku Grażyna Ostojska (żeby było ciekawie, odezwała się do mnie po nastu latach, kiedy właśnie robiłem ten wpis) i Mieczysław Bogusławski, więc oprócz zwykłych zajęć wf ganiali nas dwa razy w tygodniu po obiektach łódzkiego Startu, by nie wyrosły z nas totalne kaleki. Chyba się udało, bo praktycznie żaden z absolwentów, którego po 20 latach spotykam, nie ma „miażdżycy” (jeden z lekkoatletów nazywa tak męską przypadłość, kiedy brzuch miażdży przyrodzenie), wyglądają na całkiem wyprostowanych i zdrowych.

      Teraz przejął mnie Ryszard Szul, nasz programowy ekspert. Dziś kręciliśmy na Agrykoli niedzielny odcinek (premiera o 12.40 w Polsacie Sport), w którym to przekonywaliśmy, że nie warto biegać tylko długo i w jednostajnym tempie. Że warto jeden trening poświęcić na dynamikę, pobudzając inne włókna mięśniowe, wychodząc choć na chwilę z biegowego letargu.

      Po kilku odcinkach 100 m po łuku (ponoć dla rozluźnienia, żeby się nie spinać), tak na 75 proc. możliwości, zapragnąłem poczuć się jak Usain Bolt. Poprosiłem, wbrew zaleceniom Pana Rysia, żeby zmierzył mi czas na setkę po prostej. Na 100 proc. możliwości. Utytłany nieco wcześniejszą robotą stanąłem na linii (z wysokiego startu). Butów na bieżnię nie miałem, ale sądziłem, że moje Nike Lunarglide wytrzymają próbę.

      Ruszyłem, mimo skwaru, który roztapiał mnie z każdą sekundą. Buty, choć świetne na biegi w wolniejszym tempie, nie dawały przyczepności, z każdym krokiem czułem, że padnę na twarz, zmęczone wcześniejszą robotę mięśnie dwugłowe ciągnęły coraz bardziej, czuję, że wiele ryzykuję. Ostatnie 30 m zwolniłem, dobiegając już na luzie do mety.

      Patrzę na wynik - 13,5 s. Pan Ryszard poinformował mnie, że w normalnych warunkach, czyli bloki, dobre buty, dobra rozgrzewka, trochę specjalistycznego treningu i nieco więcej świeżości (wczoraj była duża butelka różowego wina na głowę), pozwoliłoby mi poprawić wynik o jakieś 1,5 s. A gdyby jeszcze się spiąć i pobiec na 100 proc. cały dystans, byłoby jeszcze lepiej.

      Biegać w taką pogodę na setkę bez kropli napoju okazało się głupotą. Kiedy po 10 minutach przeprowadzałem wywiad z sędzią piłkarskim Marcinem Borskim, czułem, że „odpływam” i zaraz zaczną mnie zbierać. Mimo to nęciło mnie, żeby zajrzeć na londyńskie strony i zobaczyć, jak poszłoby mi na igrzyskach.

      Co ja widzę? Niejaki Timi Garstang z Wysp Marshalla, 25-letni (młodszy o 10 lat), mierzący 175 cm (mam niemal tyle samo), ważący 73 kg (6,5 kg mniej ode mnie) wykręcił w preeliminacjach 12,81 s. Tyle to i ja bym przecież zrobił.

      Patrzę dalej, a tam Patrick Tuara z Wysp Cooka. Moja waga, ale całe 6 cm niższy. Bambaryła jakaś normalnie, która pobiegła 11,72 s.

      Spodobał mi się jeszcze Elama Fa'atonu z Amerykańskiego Samoa - co prawda 17 lat młodszy, ale wzrost ten sam i aż 3 kg cięższy. Czas - 11,48 s.

      Nie popuszczę, taki grubas ma być ode mnie szybszy?  Pobiję te jego 11,48 s. Jak? Pana Rysia w tym głowa. W każdym razie czemu w takim razie nie wepchnąć się na igrzyska do Rio? Oczywiście nie w barwach Polski, bo wskaźniki PZLA są bardzo rygorystyczne, ale jakichś Wysp Marshalla czy innego Cooka?

      Już chciałem dzwonić do prezesa PZLA dr. Jerzego Skuchy, żeby doradził mi, jak skontaktować się z jakąś egzotyczną federacją, ale mój entuzjazm zaczął gasić kolega z GW Radek Leniarski. Wyprostował mnie, że na pewno w MKOl. nie nabierze się, że mam coś z tymi Wyspami cokolwiek wspólnego. A poza tym jestem w wieku, w którym wydolność może i rośnie, ale szybkość zdecydowanie spada.
      A ja się i tak nie poddam. Późną jesienią, po paru specjalistycznych treningach sprawdzę się znów. W końcu to jedyny dystans, o którym mogę powiedzieć, że jest moim koronnym. Na 1 km, podczas ubiegłotygodniowej zabawy na Agrykoli, wyszło 3,26’, mimo że holował mnie przez cały dystans Mariusz Giżyński i Paweł Januszewski. Zresztą zobaczcie, jak to wyszło. Relację z ostatnich „Atletów” znajdziecie poniżej.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      iwanczyk_gw_sport.pl
      Czas publikacji:
      wtorek, 21 sierpnia 2012 16:04
  • czwartek, 24 maja 2012
    • Byłem jak Tyson Gay. Na Agrykoli...

      Trzeci rok z rzędu komentujemy z Arturem Partyką Diamentową Ligę w Polsacie. Impreza-cukierek, no może poza azjatyckimi mityngami, a i za oceanem przydarzą się czasem zawody trudne do oglądania - w pełnym słońcu, garstką ludzi na trybunach, brakuje tylko grilla i kiełbasek tuż za rozbiegiem.

      Że koszula bliższa ciału, w pełnej ekstazie relacjonujemy to, co dzieje się w Europie. A tam spektakle jak się patrzy; w świetle jupiterów, z wielkimi gwiazdami na bieżni i na trybunach. Być tam (w przypadku Artura znów), poczuć to, spróbować pobiec, skoczyć, to byłoby coś - myśleliśmy nie raz.

      No więc marzenia się spełniają. A że w skali mikro, nie ma znaczenia.

      Wybraliśmy się (piszę w liczbie mnogiej, bo z polsatową ekipą „Atletów”, Artura - niestety - zabrakło) na Warsaw Track Cup. Brzmi z obca, trzeba przyznać, ale już strona internetowa zachęca, żeby się wybrać: na zdjęciu na stronie głównej czerwony tartan, zielone boisko w środku i świecące jupitery w tle i kilkunastu biegaczy na starcie.

      Warszawską Agrykolę, bo tam odbywają się te zawody, znam jak mało które miejsce (tak po prawdzie to jedno z moich ulubionych w stolicy), ale wieczorem, oświetlone jak należy, wygląda niczym arena poważnych lekkoatletycznych zmagań.

      Wpierw jednak mocno świeciło słońce, pierwsi biegacze zaczęli schodzić już późnym popołudniem, koło 19 były już setki ludzi. Znakomita większość z nich szczęśliwa, bo miała wykupione startowe na długo przed zawodami. Ci, którzy wybrali się znienacka, obeszli się smakiem w rywalizacji oficjalnej, bo miejsc nie ma zbyt wielu. Sami jednak mogli spróbować dystansu, jaki tylko sobie wymarzyli. Z Pawłem Januszewskim namówiliśmy do wspólnego ścigania naszą znakomitą maratonkę Iwonę Lewandowską (na zdjęciu poniżej). Że akurat miała trening specjalistyczny (biegała 200 m), skusiliśmy się na jedno powtórzenie. Pomijam, że dostałem zewnętrzny tor (cóż, wykiwali mnie zawodowcy), a startowaliśmy z jednej linii. I żeby sobie nie myśleli - wcale nie biegłem na maksa. Na metę wbiegliśmy razem, najbardziej sapał... Nieistotne :).

      Poczułem się może nie jak Usain Bolt, bo moje nikczemne warunki nijak mają się do rosłego Jamajczyka, ale np. jak Tyson Gay :). Małym mankamentem było spadające z drzew igliwie, które czyniły tartan dość niebezpiecznym. Następnym razem wypożyczę z ciężarówki Nike najprawdziwsze kolce, bo i taka ewentualność (trzeba zostawić dowód tożsamości) jest możliwa.

      Ci z przepustkami (opłaconym startowym) pomknęli w zależności od stopnia zaawansowania na 3000 m, 1500 m i 1000 m. Na tych, którzy wygrywali, szczerze mówiąc w ogóle nie patrzyliśmy. Znaczniej bardziej kibicowaliśmy tym, którzy więcej problemów mają z samym sobą niż rywalami. A było ich naprawdę wielu, czuli się chyba nieźle, bo np. jeden z szefów zamieszania Mariusz Giżyński robił wszystko, by nie wróciły biegaczom traumatyczne wspomnienia ze ścigania się bez rozgrzewki na lekcjach WF. Takich koszmarów na pewno nie miały mamy z wózkami z Moniką Coś w roli frotmenki. Mimo że zmachane do imentu, przez kilku rywali nawet zdublowane, były chyba najradośniejsze z całej grupy. I nader chętnie udzielały wywiadów.

      A propos rodzin, z nimi trzeba by coś zrobić. Bo przychodzą całe biegowe stada, młodym nudzi się niekiedy, choć zawzięcie kibicują - nawet w biało-czerwonych szalikach - mamom i tatom.

      Dla bardziej wymagających pogłębiania biegowo-sportowej wiedzy są namioty, w których można zapisać się na profesjonalne badania wydolnościowe lub zasięgnąć porady rehabilitantów z kliniki Oroteh (dowiedziałem się np., że swojego pokiereszowanego kolana wcale nie muszę operować).

      Słowem, jest co robić. My spędziliśmy tam blisko trzy godziny.

      Regularnych, na poły zawodowych biegaczy, jakich w Polsce coraz więcej, moje refleksje z Agrykoli zapewne nie wzruszą (Pana Janusza, zwanego „Gazownikiem” można spotkać zawsze i wszędzie). Tych, którzy nie wiedzieli, że można choć na chwilę poczuć się gwiazdą lekkoatletycznych zmagań, może zachęcą. A może i sprowokują biegowych organizatorów w innych miastach, w końcu bieżnie są nie tylko w stolicy.

      Rozmawiając później przed kamerą z uczestnikami zawodów jeszcze coś przyszło mi do głowy: jak niewielkie w sumie przedsięwzięcie (pewnie zaangażowanych jest w nie góra naście osób) może zagospodarować czas wielu ludziom w różnym wieku i stopniu zaawansowana. Za konkurencyjną np. do kina opłatą. Zwłaszcza przepytując później Anię Pawłowską-Pojawę, jej męża i znajomego (wszyscy na zdjęciu poniżej), pomyślałem, że właśnie tu łamane są stereotypy: gotującej żony, męża z gigantycznym brzuchem-bębnem, etc.

      Minusy? Cholernie tną meszki, ale na to organizatorzy wpływu nie mają. Przydałoby się też lepsze nagłośnienie i ciut więcej emocji ze strony spikera, który dodałby jeszcze więcej animuszu startującym uczestnikom (zwłaszcza tym z najsłabszych grup). Aha, i jedna z Pań arbitrów mogłaby się bardziej uśmiechać :).

      Reszta bez zarzutu. A skoro to tak fajna impreza, to czemu nie zwiększyć liczby biegów i dopuścić do zabawy jeszcze większej liczby uczestników. Zwłaszcza tych, którzy chcą spróbować po raz pierwszy.

      Jeszcze raz gratuluję pomysłu. Tych, którzy nie byli i nigdy nie widzieli, zapraszam do magazynu „Atleci” w Polsacie Sport (premiera 3 czerwca).

      Z Iwoną, która później biegała i biegała te dwusetki jak najęta, zobaczycie w jeszcze kolejnych „Atletach” rozmowę o jej planach ataku na Londyn. Co prawda nie w maratonie, bo nie udało się osiągnąć wyśrubowanego przez PZLA minimum, ale są przecież i inne dystanse.

      Galerie z Warsaw Track Cup dostępne m.in. TUTAJ.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      iwanczyk_gw_sport.pl
      Czas publikacji:
      czwartek, 24 maja 2012 14:10
  • poniedziałek, 21 maja 2012
    • Prolog

      Zleciało jak nie wiem. Ani się obejrzałem, minął rok. Równo 12 miesięcy, odkąd polubiłem biegać. Z własnej, nieprzymuszonej woli. Włożyłem buty, spodenki, koszulkę. Pobiegłem raz, drugi, trzeci, piętnasty, dwudziesty, etc.

      Prześledziłem ostatnio swój dzienniczek, dni zapełnione ruchem w rozmaitej postaci liczę już w setkach, przebiegnięte kilometry w tysiącach, a spalone kalorie w setkach tysięcy. A że komputery bywają zawodne - twardy dysk laptopa już dwa razy dokonał żywota – wymyśliłem sobie, że od dziś będę swoje reminiscencje biegowe spisywał w formie bloga. A nuż będę dla kogoś żywym przykładem, że można w każdej chwili, w każdym wieku, nawet z urwanym od kilku lat kolanem. A nuż się komuś spodoba, rozpoczną się dyskusje, komentarze, podpowiedzi, czyli wszystko to, czym blog powinien żyć.

      Tytuł tego bloga wskazuje, że nie będzie tylko o bieganiu. Bo nie będzie – i o rowerach, które były pierwsze coś od czasu do czasu skrobnę, a może znajdzie się coś, co spodoba mi się tak samo mocno. Na początek będzie skromnie, bez wybujałych form graficznych, cudów-wianków technologicznych. Chcę sprawdzić wpierw swoją wytrwałość i systematyczność pisarską. A jeśli się powiedzie, poprowadzę tego bloga z nieco większym rozmachem.

      Nie byłoby pewnie tego biegania, gdyby nie „Atleci” w Polsacie Sport, z którymi wystartowaliśmy w maju 2011 r. Kiedy widzę, jak rośnie nam oglądalność, chce mi się więcej i lepiej. Jeździć, pokazywać, przedstawiać ciekawych ludzi, no i samemu biegać. Nie wszystko mieści nam się w 25-minutowym programie, a tematów jest tak wiele, że pewnie dałoby się z tego wyprodukować prawdziwą telenowelę. No więc tu będę podrzucał swoje spostrzeżenia, relacje, rozmowy. Liczę też na Was, że będziecie podpowiadać nam, gdzie warto się wybrać albo czym zająć.

      Zamierzam wreszcie na niektórych imprezach biegać, a nie tylko biegać z mikrofonem. Spokojnie można to pogodzić, odmawianie sobie tej atrakcji traktuję jako zwykłe lenistwo, którego mam zamiar od dziś się wystrzegać.

      A na początek, zamiast ilustracji, bo te dopiero będą powstawać (dostałem fantastyczny telefon, którym zamierzam nagrywać filmiki i robić zdjęcia), odesłanie do ostatnich dostępnych na ipli „Atletów”.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Prolog”
      Tagi:
      Autor(ka):
      iwanczyk_gw_sport.pl
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 21 maja 2012 01:31

Kanał informacyjny

Współpraca

Bez zbędnego cukru od strony technicznej wspiera mnie
agencja interaktywna

Opcje Bloxa